Hanka, Sroka, Gens - "Czarne chmury nad generałem"

Wybrane artykuły o zdrajcach.

 

Ludwik Kalkstein - agent gestapo, autor: Adam Zadworny

Konspirator, agent gestapo, szczeciński dziennikarz i pisarz, mitoman i pijak, spekulant, właściciel hodowli świń, pomysłodawca utworzenia na Karsiborzu wioski literacko-marynistycznej

Ludwik Kalkstein "Hanka"

agent V-97

Wciąż mam go przed oczami: roześmiany, pewny siebie, elegancik - wspomina Bohdan Tomaszewski, znany komentator sportowy, który swoją karierę zaczynał w 1946 r. w Szczecinie. - Nie dostrzegłem w nim wtedy żadnej tajemnicy.
Po 60 latach wraca sprawa słynnego agenta gestapo nr 97 Ludwika Kalksteina-Stolińskiego. Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej zwrócił się do pionu śledczego IPN o wyjaśnienie zagadki śmierci komendanta głównego AK generała Stefana Roweckiego "Grota". Sprawą być może zajmie się szczeciński IPN - do powojennego Szczecina prowadzą bowiem ślady zdrajcy, tu odbył się jego proces.

Roześmiany, w świeżutkiej koszuli

Wanda Ossowska, żołnierz wywiadu AK, która wiosną 1942 r. trafiła w ręce warszawskiego gestapo, we "Wspomnieniach więźniów Pawiaka" pisze: "Pewnego dnia, gdy myłam ręce w łazience, drzwi otworzyły się i wpadł młody chłopak. Roześmiany, wyświeżony, w świeżutkiej koszuli. Gdy mnie zobaczył, zawahał się chwilę i wybiegł szybko (...). To był on! Kalkstein! To jego tak karmili, z nim tak serdecznie i wesoło rozmawiali. To on przegląda zeznania, prostując nasze kłamstwa!".
Ossowska była jedną z kilku osób, które na własne oczy widziały Ludwika Kalksteina, byłego oficera wywiadu AK w roli jawnego współpracownika gestapo.
Według historyków Ludwik Kalkstein-Stoliński (rocznik 1920, ukończył gimnazjum w Gdyni), wywodzący się ze znanej kupieckiej rodziny, po kampanii wrześniowej był konspiratorem w Związku Walki Zbrojnej. Już w AK trafił do wywiadu. W połowie 1941 r. stanął na czele małej grupki wywiadowczej "Hanka". Współpracowała z nim Blanka Kaczorowska, jego późniejsza żona (piękna dziewczyna, która nieco wcześniej flirtowała z niemieckim oficerem Johanem Berentem - według jednej z wersji, na polecenie wywiadu), a także Eugeniusz Świerczewski, przedwojenny dziennikarz i krytyk teatralny, jednocześnie szwagier Kalksteina.
W kwietniu 1942 r. gestapo aresztowało Kalksteina (wraz z siostrą i rodzicami) oraz kilku pracowników "Hanki". Jednocześnie rozpuszczało informację, że Ludwik został rozstrzelany. Szybko okazało się jednak, że po kilku przesłuchaniach przeszedł na stronę wroga, został volksdeutschem i jednym z najcenniejszych agentów gestapo. Kulisy zdrady nie są jasne, podobno nie był torturowany. Jest pewne, że już po zdradzie Kalksteina warszawskie gestapo zadało silny cios akowskiemu wywiadowi. Aresztowano wtedy szefa "Straganu" (akowska sieć wywiadowcza działająca w kilku państwach okupowanej Europy) majora Despot-Zenowicza z żoną, jego następcę i wielu innych członków podziemia (Kalksteina obarczano winą za wpadkę 20 osób). Wielu z nich czekały tortury i śmierć. Nazwisko Kalksteina stało się jednak głośne przede wszystkim w kontekście aresztowania komendanta głównego AK generała Stefana Roweckiego "Grota", do którego doszło w mieszkaniu przy ul. Spiskiej w Warszawie 30 czerwca 1943 r. Miał on naprowadzić Niemców na jego trop. Wśród ludzi, którzy - według śledztwa przeprowadzonego w czasie okupacji przez kontrwywiad AK - poza nim odpowiadają za aresztowanie generała, są Świerczewski i Kaczorowska. W listopadzie 1942 r. Kalkstein wziął z nią ślub w Radości (wtedy była to dzielnica Nur für Deutsche). Świerczewski był świadkiem na ślubie. Wszyscy w 1944 r. zostali skazani na śmierć przez podziemny sąd. Eugeniusza Świerczewskiego schwytano i powieszono w piwnicy kamienicy przy ul. Krochmalnej. Według późniejszych wspomnień szefa kontrwywiadu AK, wyrok wykonał oddział dywersyjny 993/W. Blankę Kaczorowską uratowała ciąża - kiedy chciano ją zlikwidować, miała już wyraźny brzuch, egzekucję odwołano.
Sam Ludwik Kalkstein miał już wtedy legitymację SS na nazwisko Konrad Stark (jako cywilny agent gestapo posługiwał się nazwiskiem Paul Heuchel). W czasie powstania chodził w esesmańskim mundurze, bronił siedziby gestapo przed atakami swoich niedawnych przyjaciół. Wśród powstańców byli wtedy członkowie jego rodziny - jego stryj zginął na barykadzie. Konrad Stark zniknął.

Miał w "Kurierze" silną pozycję

W 1945 r. pojawił się na Ziemiach Odzyskanych wraz z falą repatriantów, outsiderów, ludzi uciekających przed wojenną przeszłością, szabrowników. W czasie ucieczki na Ziemie Odzyskane posługiwał się nazwiskami: Świech, Święcki, Świek.
W późniejszym śledztwie ustalono, że - już jako Marcin Świerk - w Hożewie (obecnie Nieracin) koło Gryfic był kierownikiem szkoły podstawowej, a później kierownikiem spółdzielni rybackiej. Podobno doprowadził tam do nadużyć i uciekł.
W 1946 r. zatrudnił się w redakcji "Kuriera Szczecińskiego", już jako Wojciech Świerkiewicz - "były żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie" (UB ustaliło, że wystawił sobie dokumenty, posługując się pieczątkami spółdzielni rybackiej). Początkowo pracował jako korektor w redakcji nocnej, później został dziennikarzem - pisał utrzymane w poetyce socrealizmu reportaże o rybakach i marynarzach.
- Sam także udawał człowieka morza, chodził w takiej żeglarskiej czapce i kurtce - wspomina Bohdan Tomaszewski.
Tomaszewski, znany komentator sportowy, przyjechał na Ziemie Odzyskane - jak sam mówi - "w jednych dziurawych spodniach". Dziś wspomina: - Pracowałem dla "Kuriera", choć nie dali mi etatu. Zajmowałem się sportem. Dobrze pamiętam Świerkiewicza, bo pracował w pokoju obok. Widywaliśmy się prawie codziennie. Pisał reportaże o rybakach, pamiętam, że miał w "Kurierze" silną pozycję. Szczegóły? "Kurier" publikował zdjęcia lotnicze szczecińskiego portu zrobione przez Świerkiewicza. Pamiętam też jakiś tekst o trzydziestomilionowym jajku wyeksportowanym do Anglii przez Baltonę. Zdolny był.
Zdaniem Tomaszewskiego Świerkiewicz był wtedy popularny i lubiany. - Wciąż mam go przed oczami: roześmiany, pewny siebie, elegancik, przystojny. Bardzo dużo z nim rozmawiałem, chodziliśmy na kawki czy wódeczki. Nie mówił o okupacyjnej przeszłości, ja nie pytałem. Rozmawialiśmy raczej o planach, takie były czasy. Ale nie czułem, aby coś ukrywał, nie dostrzegłem w nim żadnej tajemnicy ani cienia dwuznaczności. O tym, że Świerkiewicz to Kalkstein-zdrajca, dowiedziałem się wiele lat później, już w Warszawie.

Pamiętam dobrze te rozbiegane oczy

Świerkiewicz miał w Szczecinie co najmniej trzy adresy. Były to mieszkania w poniemieckich kamienicach przy ul. Pocztowej, al. Wojska Polskiego, a także willa przy ul. Sienkiewicza.
To ostatnie miała zajmować jego przyjaciółka Małgorzata S., pianistka, bardzo w nim zakochana. 20 lat później mówiła, że był czarujący. Wierzyła w legendę wojennego bohatera. Dziennikarz "Argumentów" w latach 80. pisał o niej: "porządna, religijna, choć może niezbyt inteligentna kobieta".
O szczecińskim życiorysie agenta 97 zaczęto dużo pisać dopiero na początku lat 80., na fali rozliczeń z przeszłością. W 1981 r. o wpadce "Grota" i losach zdrajców pisała "Polityka", a rok później "Przegląd Tygodniowy" i "Argumenty". Szczeciński nieistniejący już tygodnik "Morze i Ziemia" zbierał w 1983 r. tutejsze ślady Świerkiewicza. Zgodnie z duchem pierwszych lat stanu wojennego niektórzy ówcześni dziennikarze sugerowali, że dawny Kalkstein był po wojnie agentem zachodnioniemieckim (podejrzane wydało im się np. to, że podróżując do Francji, jechał przez... RFN).
Przed 20 laty żyło jeszcze w Szczecinie kilkanaście osób, które zetknęły się ze Świerkiewiczem. Dziennikarze ustalili m.in., że prowadził hulaszczy tryb życia, pożyczał pieniądze i nie oddawał. Jedna z ciekawostek: jeszcze wiele lat po opuszczeniu Szczecina Świerkiewicz był tu oficjalnie zameldowany. Na ten adres w latach 70. przychodziły rachunki z izb wytrzeźwień z centralnej Polski.
Nieżyjący już Stanisław Telega, który w latach 40. i 50. kierował redakcją literacką szczecińskiego radia, w 1983 r. opowiadał dziennikarzom "Morza i Ziemi": - Przyprowadził go do mnie Jan Papuga (szczeciński literat, autor m.in. "Szczurów morskich"). Mówił, że ten Świerkiewicz był w rękach Niemców, torturowali go. Uciekł, pływał w konwojach, zdaje się, że brał też udział w bitwie o Anglię, wrócił do Polski. Pracował na morzu. Papuga mówił, że taki facet to prawdziwy skarb.
Świerkiewicz na początku lat 50. opowiadał w Szczecinie, że w Hollywood kupili prawa do scenariusza filmowego jego autorstwa, rzecz ponoć autobiograficzna.
Telega twierdził, że nie bardzo chciało mu się w to wszystko wierzyć: "Pamiętam dobrze te jego rozbiegane oczy".

Literaci ponaglają krawców

Ryszard Liskowacki, pisarz, dziennikarz, były akowiec, w latach 80. redaktor naczelny tygodnika "Morze i Ziemia", zapamiętał odkrycie, jakiego przed 20 laty dokonali jego dziennikarze podążający szczecińskim tropem Kalksteina-Świerkiewicza.
- To była stara, redakcyjna zszywka "Kuriera" z wyceną, czyli wierszówką - opowiada Liskowacki. - Zaskoczyła nas ta wycena, najwyższa z możliwych - 5 zł za wiersz. - To była tzw. stawka literacka, tylko nieliczni mogli tyle zarabiać.
Stawkę, o której mówi były naczelny "Morza i Ziemi", Świerkiewicz dostał za opowiadanie "Ostatni rejs pana Twardowskiego". W "Kurierze" z 4 stycznia 1947 r. odnalazłem jeden z jego odcinków - "Noworoczny pech żeglarza Ryfy". W tym samym numerze, w którym wydrukowano opowiadanie Kalksteina, jest relacja z procesu żołnierzy WiN-u zatytułowana "Ci, którzy sprowadzili AK na manowce zdrady narodowej".
Kiedy Polskie Radio Szczecin emitowało słuchowisko Świerkiewicza "Ballada o pomuchli" (pomuchla to po kaszubsku dorsz), "Express Poznański" drukował marynistyczne nowele "Passat nuci A-dur" i "Jazz-band na Victorii". Dawny Ludwik Kalkstein publikował też w "Arkonie", "Dzienniku Bałtyckim" i "Expresie Poznańskim". W 1947 r. "Kurier Szczeciński" drukował w odcinkach jego powieść "Kapitan Sidney, jeden z wielu". Później Czytelnik wydał ją w formie książkowej. Ta pozycja utorowała Świerkiewiczowi drogę do Związku Literatów Polskich, w szeregi którego przyjął go sam Jerzy Andrzejewski mieszkający wtedy w Szczecinie. Ujęła go podobno tragiczna, okupacyjna przeszłość młodego literata-kombatanta, któremu - jak opowiadał - "Niemcy wymordowali całą rodzinę". Jedynym człowiekiem, który podobno znał prawdziwe nazwisko Świerkiewicza, był Witold Wirpsza. Najprawdopodobniej nie wiedział nic o zdradzie, miał prawo sądzić, że Kalkstein zmienił nazwisko w obawie przed represjami UB wobec żołnierzy powracających z Zachodu.
Świerkiewicz zasłynął też jako pomysłodawca utworzenia na wyspie Karsibórz osady literacko-marynistycznej. Jeździł tam ze swoim kumplem, literatem Janem Papugą (dedykował mu nawet opowiadanie "O key baby!" drukowane w "Raz na tydzień" w 1947 r.). Na Karsiborzu wyremontowali dom, w którym literaci spotykali się przy wódeczce. Koniec końców z osady nic nie wyszło, bo pomysł utrącili pracownicy Urzędu Morskiego.
W Archiwum Państwowym zachowało się pismo ZLP z 14 marca 1952 r. do Państwowego Przedsiębiorstwa Krawieckiego w Szczecinie przy ul. Mariana Buczka (obecnie Piłsudskiego).
Literaci do krawców: "W związku z wyjazdem członka naszego Związku kolegi Wojciecha Świerkiewicza na zjazd do Czechosłowacji w dn. 23 bm. uprzejmie prosimy o możliwie szybkie i staranne wykonanie zamówienia krawieckiego ob. Świerkiewicza".
W przewodniku encyklopedycznym "Literatura na Pomorzu Zachodnim do końca XX wieku" wydanym w tym roku przez Kurier-Press pisarz Wojciech Świerkiewicz figuruje pod swoim prawdziwym nazwiskiem Ludwik Kalkstein.

Rozpoznany na ulicy

Wojciech Świerkiewicz został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa 20 sierpnia 1953 r. (zdrajcę rozpoznał na ulicy i wsypał dawny żołnierz AK). Z ubeckiego "wyciągu z rewizji" wynika, że w chwili zatrzymania miał przy sobie: 9 zł 65 gr, dowód osobisty, legitymację ZLP, scyzoryk i papierośnicę.
Środowisko literackie Szczecina było całkowicie zaskoczone. Do więzień trafiały w tamtych latach tysiące niewinnych ludzi, niektórzy sądzili, że tak też jest ze Świerkiewiczem. Podczas procesu przed szczecińskim sądem wojewódzkim bronił go mec. Cezary Szemlej, na którym ciążyły trzy akowskie wyroki śmierci. Ludwik Kalkstein-Stoliński po szybkim procesie został skazany na dożywocie. W szczecińskim sądzie nie ma już tych akt. W latach 70. przejęła je Główna Komisja Ścigania Zbrodni Hitlerowskich (obecnie Przeciwko Narodowi Polskiemu), teraz szuka ich IPN. W 1956 r. na mocy amnestii zamieniono Kalksteinowi dożywocie na 15 lat więzienia.
W 1983 r. Stanisław Telega wspominał: - Myśleliśmy wtedy, aby się za nim ująć. Chodziło o przedterminowe zwolnienie. Otworzyliśmy szeroko oczy, kiedy w 1957 r. "Oskar" opublikował swoje rewelacje w "Stolicy".
"Oskar" to mec. Bernard Zakrzewski, szef kontrwywiadu Komendy Głównej AK. Na fali gomułkowskiej odwilży, w lipcu i sierpniu 1957 r., opublikował w "Stolicy" cykl artykułów na temat akowskiego śledztwa w sprawie wpadki generała Roweckiego. Wynikało z nich, że AK nie miała żadnych wątpliwości co do winy Kalksteina.
Ludwik Kalkstein odsiadywał wyrok w więzieniu w Strzelcach Opolskich. Redagował tam ogólnopolskie pismo więźniów "Prześwit". Wciąż dostawał listy i paczki od Małgorzaty S.
W 1964 r. rozwiódł się z Blanką Kaczorowską (aresztowana w 1952 r. w Warszawie i skazana na dożywocie odsiedziała tylko pięć lat).
Po wyjściu Kalksteina z więzienia w 1965 r. jego szczeciński ślad zaczyna się urywać. Pojawiają się plotki, sugestie, przypuszczenia. Podobno z więzienia odebrał go czarny mercedes. Być może była to po prostu taksówka, zresztą nikt tego nie potwierdza. Mówiło się, że Kalkstein po przyjeździe do Szczecina chciał się nawet wkręcić na wieczorek literacki w Bramie Portowej. Ktoś powiedział jednak, że grozi mu śmierć. Kalkstein mieszkał bardzo krótko w willi Małgorzaty S. Szybko jednak miał jej oświadczyć, że opuszcza Szczecin na zawsze. Podobno zupełnie ją to załamało.
Jest pewne, że Kalkstein uciekał przed wojenną przeszłością.

Wisi nad nami odium Ludwika

Pod koniec lat 60. mieszkał podobno na Wybrzeżu, używając tylko drugiego członu swojego nazwiska: Stoliński. Związany z właścicielką jakiegoś prywatnego sklepiku miał wozić do Warszawy wędzone węgorze i nieźle na tym zarabiać (tę jego zaradność w peerelowskiej rzeczywistości potwierdzałyby późniejsze epizody z jego życia). Potem jego towarzyszką życia była jakaś dentystka.
Jest pewne, że w 1973 r. Ludwik Stoliński zamieszkał pod Piasecznem we wsi Mysiadło. Razem z Teresą C., swoją późniejszą żoną, prowadził kurzą fermę. Tam odnalazł go jeden z dawnych żołnierzy warszawskiej AK.
- To był zupełny przypadek - wspomina Andrzej Gass, autor prasowych i radiowych reportaży o losach Kalksteina, który tropił zdrajcę przez kilkanaście lat. - Ten akowiec stał w kolejce w jakimś urzędzie pocztowym w Warszawie. W człowieku przed sobą, który płacił jakąś ratę czy podatek za fermę, rozpoznał Kalksteina.
Ludwik Stoliński wyprowadził się spod Piaseczna do miejscowości Utrata pod Jarocinem. Tam miał wielką fermę świń, którą prowadził z Teresą C. Tam też odnalazł go żołnierz komórki wywiadowczej "Hanka" Marian Karczewski, autor wydanej (przez PAX) w latach 60. książki "Czy można zapomnieć?". - Opowiadał mi o tym spotkaniu - wspomina Gass. - Mówił: "Kalkstein na mój widok uśmiechnął się po swojemu, ten uśmiech rozpoznałbym nawet w piekle".
Były agent gestapo oprowadzał swojego dawnego towarzysza broni po fermie, chwaląc się, jak dobrze idzie mu interes. Kiedy Gass odwiedził tę fermę, Ludwika Stolińskiego już tam nie było. - Prowadziłem jeszcze korespondencję z Teresą C., na niewiele to się zdało - opowiada.
Ostatnie pewne ślady Kalksteina w Polsce: w 1979 r. bierze w Jarocinie ślub z Teresą C., rok później wyrabia sobie nowy dowód osobisty jako Ludwik Stoliński-Ciesielski, w 1981 r. wyjeżdża do Francji (ma wtedy 61 lat). Od połowy lat 70. we Francji żył jego syn i dawna żona Blanka Kaczorowska (w Szwajcarii jej siostra). We Francji ślad Kalksteina urywa się.
- Kalkstein nigdy nie chciał mówić, choć było wiele prób nakłonienia go do tego - mówi Gass. - Zawsze wierzyłem, że znajdzie się jeszcze jeden trop, jakiś ślad, który doprowadzi do prawdy o nim i aresztowaniu "Grota". - Ale nie znalazł się. Pewnie tak już zostanie.
Kiedy przed trzema tygodniami okazało się, że Instytut Pamięci Narodowej rozważa możliwość wszczęcia kolejnego śledztwa (ostatnie prowadzono w latach 70.) w sprawie aresztowania i śmierci komendanta głównego AK, do siedziby szczecińskiego IPN-u zadzwonili ludzie, którzy coś wiedzą o losach Ludwika Kalksteina-Stolińskiego. - Na razie jednak nie możemy nikogo przesłuchać, bo nie ma decyzji o wszczęciu śledztwa - tłumaczy prokurator Dariusz Wituszko ze szczecińskiego Instytutu.
Wituszko nie wyklucza tego, czego dziennikarze piszący o Kalksteinie w PRL-u domyślali się, ale nie mogli napisać - dawny agent gestapo mógł być "na jakimś układzie" ze służbami komunistycznej Polski. Być może w aktach MSW są jakieś nieznane dokumenty.
W ubiegłym roku Andrzej Gass zauważył klepsydrę informującą o śmierci kogoś z rodziny Kalksteina. Pogrzeb miał odbyć się w Komorowie. - Pojechałem tam - opowiada Gass. - Liczyłem, że Ludwik Kalkstein, jeśli żyje, przyjedzie. Nie było go. Po tygodniu zadzwoniłem. "Wisi nad nami to odium Ludwika" - usłyszałem. I jeszcze: "On nie żyje, zmarł jeszcze w latach 80. w Paryżu".

Nieistniejący scenariusz wzięty z życia

Kiedy napisałem w "Gazecie", że szukam ludzi znających Kalksteina, dostałem m.in. maila od Cecylii Judek, kierowniczki Oddziału Rękopisów - Książnicy Pomorskiej (tzw. muzeum literackie).
Jak się okazało, leży tam pożółkła teczka tematyczna z materiałami o Kalksteinie zebranymi przez Stanisława Telegę. Są wycinki z gazet, polemiki Telegi, jego odręczne zapiski na temat spotkań z Kalksteinem. Jest też życiorys napisany przez agenta gestapo nr 97 w 1951 roku: "Urodziłem się 15 maja 1916 roku w Warszawie jako syn Mieczysława Świerkiewicza i Wandy Wilczyńskiej (...). Studiowałem w Szkole Nauk Politycznych, należałem do Akademickiego Związku Morskiego. W maju 1939 r. zostałem zmobilizowany. W sierpniu dostałem urlop i ożeniłem się z Anną Sosnowską, studentką Szkoły Sztuk Pięknych. W czasie kampanii wrześniowej byłem ranny, trafiłem do Wilna. Leżałem tam w szpitalu do grudnia (...). Do Anglii dostałem się przez Litwę, Łotwę, Estonię, Finlandię, Szwecję i Norwegię. W latach 1940-45 byłem korespondentem wojennym i jednocześnie oficerem nawigacyjnym w marynarce alianckiej (...). Po powrocie do Polski dowiedziałem się, że moja matka, żona i dziecko zginęli w powstaniu. Nieszczęścia załamały mnie psychicznie, zacząłem pić wódkę (...). Kiedy upadł pomysł wioski literacko-marynistycznej, zacząłem narkotyzować się alkoholem z jeszcze większą determinacją. Sprzedałem nawet swoje odznaczenia bojowe. Niestety lekarz - sam narkoman - wypisał mi skierowanie do zamkniętego zakładu psychiatrycznego. Przebywałem przez miesiąc wśród wariatów. Ostatnio pracowałem przez trzy miesiące w Szczecinie, burząc mury na Starym Mieście, dzieląc czas na oczyszczanie cegieł i picie wódki. Napisałem powieść z życia rybaków «Bracia Bolda i S-ka»".
W tej wersji życiorysu Ludwika Kalksteina-Stolińskiego prawdziwe jest to, że dużo pił i napisał powieść. Bohaterowie jego książek to życiowi rozbitkowie, czasami o rozdwojonej jaźni, szukający cichej przystani. Nietrudno odnaleźć w nich cechy samego autora. W jednym z opowiadań pisał: "Nie traktuję poważnie ględzenia o wspaniałej karierze naszego kolegi, który podobno w Hollywood zrobił majątek na filmie, którego scenariusz był wzięty z jego życia".

Adam Zadworny - "Gazeta Wyborcza"

część II

 

Dwie linie rodu Kalksteinów


Nikt nie zaakceptowałby w czołówce filmu nazwiska Kalkstein - mówi Zdzisław Nardelli, były dyrektor Teatru Polskiego Radia, w latach 50. szef szczecińskiej rozgłośni Polskiego Radia. Dziś wracamy do tematu, który opisaliśmy dwa tygodnie temu.
- Po wyjściu z więzienia był u mnie w Warszawie dwa razy - wspomina Zdzisław Nardelli. - Za każdym razem pijany. Miał jakieś pomysły. Według mojej wiedzy, to on napisał scenariusz serialu "Czarne chmury".
Przed dwoma tygodniami pisałem o powojennych losach Ludwika Kalksteina-Stolińskiego. Konspirator Związku Walki Zbrojnej i Armii Krajowej, agent gestapo obarczany odpowiedzialnością za aresztowanie komendanta głównego AK, szczeciński dziennikarz i literat, mitoman i pijak, spekulant, właściciel hodowli świń, pomysłodawca utworzenia na Karsiborzu wioski literacko-marynistycznej - to tylko niektóre z jego twarzy.
Czy Kalkstein był także autorem pierwszego polskiego serialu płaszcza i szpady? I co wspólnego z nim ma Christian Ludwig von Kalckstein, którego portret jeszcze przed 60 laty wisiał w siedzibie tego rodu pod Barlinkiem?
W poprzednim odcinku
Ludwik Kalkstein-Stoliński (rocznik 1920) jako żołnierz AK stał na czele małej grupki wywiadowczej "Hanka". Jego współpracowniczką była jego późniejsza żona Blanka Kaczorowska, a także Edmund Świerczewski, przedwojenny dziennikarz i krytyk teatralny. Po rozpoczęciu współpracy z gestapo według historyków ta trójka ponosi odpowiedzialność za aresztowanie komendanta głównego AK gen. Stefana Roweckiego "Grota" (a Kalkstein osobiście także za wpadkę około 20 osób z akowskiego wywiadu). Na Świerczewskim wykonano podziemny wyrok śmierci, Kaczorowską przed kulami akowców uratowała ciąża, Kalkstein zniknął, by w 1945 r. pojawić się na wybrzeżu szczecińskim, kolejno jako Święcki, Świerk i Świerkiewicz. Jako Wojciech Świerkiewicz był dziennikarzem "Kuriera Szczecińskiego". Pisał utrzymane w poetyce socrealizmu reportaże o rybakach i marynarzach. Bohdan Tomaszewski, znany komentator sportowy, który swoją dziennikarską karierę rozpoczynał w 1946 r. w Szczecinie, opowiadał nam m.in.: "Udawał człowieka morza, chodził w takiej żeglarskiej czapce i kurtce. Nie czułem, aby coś ukrywał, nie było w nim żadnej tajemnicy". W latach 40. i 50. Polskie Radio Szczecin emitowało słuchowiska Świerkiewicza, "Express Poznański" drukował jego marynistyczne nowele, a "Kurier Szczeciński" powieść w odcinkach "Kapitan Sidney, jeden z wielu". Do Związku Literatów Polskich przyjął Świerkiewicza sam Jerzy Andrzejewski mieszkający wtedy w Szczecinie. Świerkiewicz był pomysłodawcą utworzenia na wyspie Karsibórz wioski literacko-marynistycznej. Został aresztowany przez UB 20 sierpnia 1953 r. Skazany na dożywocie. Z więzienia wyszedł w 1965 r., na krótko powrócił do Szczecina, gdzie mieszkała jego przyjaciółka (z Kaczorowską, z którą ożenił się w czasie okupacji, rozwiódł się, będąc w więzieniu).

Ludwik Kalkstein w roku 1965 - po wyjściu z więzienia.

Pod koniec lat 60. mieszkał podobno na Wybrzeżu, używając drugiego członu swojego nazwiska: Stoliński. Związany z właścicielką prywatnego sklepiku miał wozić do Warszawy wędzone węgorze i nieźle na tym zarabiać. Jest pewne, że w 1973 r. Ludwik Stoliński zamieszkał pod Piasecznem we wsi Mysiadło. Razem z Teresą C., swoją późniejszą drugą żoną, prowadził kurzą fermę. Później w miejscowości Utrata pod Jarocinem mieli wielką fermę świń (tam odnalazł go były żołnierz "Hanki"). Ostatnie pewne ślady Kalksteina w Polsce: w 1979 r. bierze w Jarocinie ślub z Teresą C., rok później wyrabia sobie nowy dowód osobisty jako Ludwik Stoliński-Ciesielski, w 1981 r. wyjeżdża do Francji (ma wtedy 61 lat), gdzie żyje syn jego i Blanki Kaczorowskiej. Jego rodzina twierdzi, że zmarł we Francji w latach 80. Dzięki Cecylii Judek, kierowniczce oddziału rękopisów Książnicy Pomorskiej, odnaleźliśmy życiorys napisany przez agenta gestapo nr 97 w Szczecinie w 1951 r.: "Urodziłem się 15 maja 1916 roku w Warszawie jako syn Mieczysława Świerkiewicza i Wandy Wilczyńskiej (...). W latach 1940-45 byłem korespondentem wojennym i jednocześnie oficerem nawigacyjnym w marynarce alianckiej (...). Ostatnio pracowałem przez trzy miesiące w Szczecinie, burząc mury na Starym Mieście, dzieląc czas na oczyszczanie cegieł i picie wódki. Napisałem powieść z życia rybaków «Bracia Bolda i S-ka»". W tej wersji życiorysu prawdziwe jest to, że dużo pił i napisał powieść.


Kalcksteinowie spod Barlinka


W powojennym życiorysie Ludwika Kalksteina-Stolińskiego dużo jest białych plam, przypuszczeń, sugestii, a także prawdopodobnie zwykłych zmyśleń. Do tych ostatnich zaliczyłem początkowo m.in. plotkę, jakoby dawny agent gestapo nr 97 był współautorem popularnego serialu telewizyjnego "Czarne chmury". Wspominali o niej m.in. dziennikarze nieistniejących już "Argumentów" i "Morza i Ziemi", którzy w 1983 r. zbierali ślady Kalksteina.
Cezary Stojek, szczeciński architekt, a zarazem skarbnik i "klucznik" Stowarzyszenia na rzecz Ochrony Dziedzictwa "Młyn-Papiernia", po przeczytaniu w "Gazecie" reportażu o powojennych losach Kalksteina, przysłał do redakcji maila. Oto jego fragmenty: "(...) Niedaleko Barlinka znajduje się wieś Żydowo (dawniej Siede), od XIX w. rodowa siedziba rodu Kalcksteinów [niemiecka gałąź rodu miała "c" w nazwisku - przyp. az], przeniesiona z miejscowości Wogau w Prusach Wschodnich. Ostatnim dziedzicem tego majątku był Ludwig von Kalckstein. Był to przyjaciel Polaków, uwięziony przez Rosjan w 1945 r., zmarły w niewyjaśnionych okolicznościach w piwnicy magazynu dzisiejszego GS-u".
Stowarzyszenie reprezentowane przez Cezarego Stojka przyjęło nazwę od zabytkowego zespołu Młyna-Papierni, w którym od lat znajduje się ośrodek naukowo-dydaktyczny badający m.in. dziedzictwo tych ziem. Młyn położony jest trzy kilometry od dawnej siedziby Kalcksteinów, obecnej wsi Żydowo.
Losy barlineckich Kalcksteinów bada od lat Kazimierz Hoffmann - historyk regionalista, tropiciel zagadek przeszłości, badacz dziejów Barlinka. Według jego ustaleń przenieśli się oni z Prus Wschodnich pod Gorzów w końcu XIX w.
Zbuntowany pułkownik Christian Kalckstein
W kwietniu 1996 r. w Muzeum Okręgowym w Gorzowie odbyła się promocja przetłumaczonych na polski wspomnień Hildegardy von Laer o majątku rodzinnym Sosny (Charlottenhoff) położonym koło Witnicy.
Na prezentację książki Niemka zaprosiła m.in. swojego kuzyna Klausa Karbe mieszkającego w Poczdamie. Ten zaczął niespodziewanie opowiadać o swojej rodzinie zamieszkałej przed wojną w majątku Siede (czyli obecne Żydowo) koło Barlinka. Jeden z Polaków uczestniczących w spotkaniu poprosił go o przelanie wspomnień na papier. Wydrukował je później "Nadwarciański Rocznik Historyczno-Archiwalny" (nr 4/1997 r.).
Oto fragmenty wspomnień Klausa Karbe: "Siostra mojej matki była żoną Ludwiga von Kalckstein (1887-1945), który był właścicielem majątku Siede koło Barlinka. Byłem tam częstym gościem, ponieważ w Żydowie miałem trzech kuzynów i kuzynkę, rówieśnicę. Było to w pierwszych latach wojny. Do prac w rolnictwie zatrudniano wtedy polskich jeńców. Rzucało mi się w oczy, że wuj dbał, aby z polskimi jeńcami obchodzono się przyzwoicie. Pozycję człowieka szczególnie zaufanego miał u niego ogrodnik Andrzej Grzybowski, którego my nazywaliśmy Andreas. Pomiędzy moim wujem, ogrodnikiem a jeńcami krążyła żywność, tytoń i alkohol, co wówczas było surowo zabronione (...). Kiedyś wuj powiedział mi: Wiesz, my Kalcksteinowie jesteśmy sami prawie polskim rodem. Zaprowadził mnie do sali jadalnej, gdzie wisiały obrazy przodków. Dwa z nich pochodziły z drugiej połowy XVII stulecia. Wuj wskazał na portret, który przedstawiał poważnego mężczyznę w zbroi o intelektualnym obliczu, co wydało mi się dziwne u oficera. Ten mężczyzna to nasz przodek Christian Ludwig von Kalckstein, który żył w latach 1627-1672. Wuj opowiadał: Był on polskim pułkownikiem i dziedzicem na Wogau, leżącym w Prusach Wschodnich".
Klaus Karbe w "Nadwarciańskim Roczniku" przypomina, jak w połowie XVII w. dawne Prusy Wschodnie, lenno Królestwa Polskiego, przekazano elektorowi brandenburskiemu (Fryderyk Wilhelm). W związku z tym poddani Królestwa stali się poddanymi Brandenburgii. Człowiek z portretu to znana historykom postać, jeden z tych, którzy buntowali się przeciwko władzy elektora. Christian Ludwig von Kalckstein w 1670 r. uciekł do Warszawy. Tam, według obowiązującej wersji, został podstępnie zwabiony do rezydencji ambasadora Brandta w Warszawie i porwany. Mimo protestów polskiej szlachty i osobistego wstawiennictwa króla Michała Korybuta-Wiśniowieckiego ścięto go w Kłajpedzie w 1672 r. Karbe w swoich wspomnieniach: "Według przekazów rodzinnych był podstępnie schwytany, zwinięty w dywan i w ten sposób przewieziony do Prus".
To właśnie losy zbuntowanego pułkownika posłużyły jako pomysł na pierwszy polski serial płaszcza i szpady "Czarne chmury". Jego główny bohater Krzysztof Dowgird, grany przez Leonarda Pietraszaka, nosił w sobie cechy Christiana Kalcksteina (jednak w filmie porwany przez "elektorskich" Dowgird zostaje uwolniony i historia kończy się happy endem). Tylko co z tym wszystkim ma wspólnego Ludwik Kalkstein-Stoliński, agent gestapo, a po wojnie znany szczeciński literat?


To Kalkstein napisał!


Pod internetowym adresem www.filmpolski.pl można znaleźć informacje o wszystkich polskich produkcjach filmowych. Jest tam streszczenie i obsada wszystkich odcinków "Czarnych chmur", a także informacja: "Jak wielokrotnie podkreślał reżyser Andrzej Konic [autor m.in. "Stawki większej niż życie" - przyp. A.Z] w «Czarnych chmurach» nie można się doszukiwać zbyt dosłownych analogii do głośnej po wojnie «sprawy Kalksteina» (...). Jest to przede wszystkim film akcji, awanturniczo-przygodowy".
Andrzej Gass, dziennikarz "Kulis", który przez kilkanaście lat tropił skrywającego się pod zmienionymi nazwiskami agenta gestapo, uważa, że Ludwik Kalkstein-Stoliński był pomysłodawcą słuchowiska radiowego na temat losów zbuntowanego pułkownika, swego przodka. - Z naszych informacji wynikało, że Kalkstein po wyjściu z więzienia [w 1965 r. - przyp. A.Z] próbował nawiązać kontakt z radiem - opowiada Gass. - Miał pomysł na słuchowisko w odcinkach, być może napisane jeszcze w więzieniu. Słuchowisko nigdy nie powstało, ale prawdopodobnie powstał pomysł na serial telewizyjny. Może ktoś ten pomysł od niego kupił.
Nieżyjący już Stanisław Telega, który w latach 40. i 50. kierował redakcją literacką szczecińskiego radia, przed 20 laty opowiadał dziennikarzom "Morza i Ziemi": - Kalksteina czyli Świerkiewicza przyprowadził do mnie Jan Papuga [szczeciński literat, autor m.in. "Szczurów morskich" - przyp. A.Z]. Mówił, że ten był w rękach Niemców, torturowali go. Uciekł, brał udział w bitwie o Anglię, wrócił do Polski. Pracował na morzu. Papuga mówił, że taki facet to prawdziwy skarb. Kalkstein napisał kilka słuchowisk, m.in. słynną "Balladę o pomuchli" [pomuchla to po kaszubsku dorsz - przyp. A.Z].
"Balladę o pomuchli" zrealizował Zdzisław Nardelli, w latach 50. szef szczecińskiej rozgłośni, później dyrektor Teatru Polskiego Radia, który miał dobrze znać Kalksteina, używającego wtedy nazwiska Świerkiewicz. Nardelli od wielu lat jest na emeryturze, mieszka w Warszawie. Zadzwoniłem do niego.
- Dobrze pamiętam Kalksteina ze szczecińskich czasów - wspomina Nardelli. - Tę "Balladę o pomuchli" też. Była stylizowana na gwarę kaszubską. Prawdziwą przeszłość Kalksteina i to nazwisko poznałem później, już po jego aresztowaniu.
Nardelli przypomina sobie wydarzenie, do którego doszło wiele lat później. - Jakaś kuzynka Kalksteina dotarła do mnie, chciała, abym wystawił mu opinię jako literatowi. Powiedziałem, że szybciej powinien zrobić to Andrzejewski, który go przyjmował do ZLP. Wiem, że była u Andrzejewskiego, ale ten odmówił. Sam Kalkstein był u mnie w Warszawie [już po wyjściu z więzienia, czyli w drugiej połowie lat 60. - przyp. A.Z.] dwukrotnie. Pamiętam, że był pijany i brudny. Miał jakieś pomysły, przede wszystkim chodziło mu jednak o pieniądze. Chyba pożyczyłem mu jakąś sumę.
- Mówił coś o słuchowisku o pułkowniku, jego przodku?
- Nie pamiętam.
- Chodzi mi o materiał, na podstawie którego powstał później serial "Czarne chmury".
- To Kalkstein napisał ten scenariusz! Ryszard Pietruski to tylko podpisał, wiedziało o tym wiele osób. Przecież Kalksteina nie można było drukować. Choć zdolny był.

23 grudnia 1973 po godz. 20:00 na ekranach TVP 1 po raz pierwszy pojawili się bohaterowie nowego serialu: "Czarne chmury" - wkrótce podbili serca milionów polskich widzów.

Elżbieta Starostecka ["Anna Ostrowska"] i Ryszard Pietruski jako "Kacper Pilch" - oficjalny scenarzysta filmu.

Czy rzeczywiście ten popularny aktor wymyślił zawiłe dzieje pułkownika Dowgirda?

Ryszard Pietruski, znany aktor, oficjalny autor scenariusza i jednocześnie odtwórca roli Kacpra Pilcha, wachmistrza pułkownika Dowgirda, zmarł w 1996 r. W latach 1950-1955 był aktorem Teatrów Dramatycznych w Szczecinie. Można założyć, że z pewnością zetknął się wtedy z Kalksteinem-Stolińskim.


Nie ma nawet nagrobków


W jednym ze swoich artykułów na temat niemieckiej gałęzi rodu Kalcksteinów ("Ziemia Gorzowska" nr 12/98) badacz dziejów Barlinka Kazimierz Hoffmann opisał losy ostatniego dziedzica w dawnym Siede, dzisiejszym Żydowie.
Wszyscy synowie rotmistrza znanego z sympatii do polskich jeńców służyli w wojsku. Losy najstarszego z nich Johanna nie są jasne. Najmłodszy Friedrich strzelił sobie w skroń w 1942 r. Byli polscy jeńcy opowiadali Hoffmannowi, że "ze strachu przed powrotem na wschodni front". Trzeci z braci Christian był oficerem lotnictwa. Hoffmann odnalazł w urzędzie stanu cywilnego w Myśliborzu jego akt zgonu sporządzony 2 lutego 1944 r. Wynika z niego, że "podporucznik Christian Erich Otto von Kalkckstein poległ 26 lipca 1943 r. w Chojnie". Jego samolot miał runąć na ziemię podczas jakichś akrobacji, które były powszechnie znaną słabością Christiana.
Sam rotmistrz Ludwig von Kalckstein został aresztowany w dniu wkroczenia Sowietów do Żydowa, 1 lutego 1945 r.
Pracujący w majątku polscy robotnicy przymusowi wstawili się za nim, wyszedł, ale został ponownie aresztowany. Zmarł w piwnicy magazynu, w którym obecnie jest hurtownia z artykułami gospodarstwa domowego. Prawdopodobnie pochowano go na tyłach magazynu, a grób po latach został zrównany z ziemią.
Andrzej Grzybowski, dawny ogrodnik Kalcksteinów, którego Klaus Karbe w swoich wspomnieniach nazywa Andreasem, w latach 70. postawił na rodowym cmentarzyku Kalcksteinów symboliczny nagrobek z napisem: "Ludwig von Kalckstein, ur. 22.12.1887, zm. 27.3.1945".
Ten nagrobek, jak wcześniej inne upamiętniające Kalcksteinów, zniknął przed paroma laty.

Adam Zadworny Gazeta Wyborcza 27-02-2003



Kto wydał generała "Grota"?


30 czerwca 1943 r. Komendant Główny Armii Krajowej generał Stefan Rowecki został aresztowany na ul. Spiskiej w Warszawie. Do dziś krąży wersja, że "Grot" wpadł wskutek niemieckiego nasłuchu, zainstalowanego w konspiracyjnych lokalach AK. Faktycznie wsypała go trójka zdrajców.
4 lipca 1943 r. Polaków spotkał drugi poważny cios - w Gibraltarze zginął generał Władysław Sikorski, premier rządu RP na uchodźstwie, Naczelny Wódz. Coraz więcej faktów potwierdza ustalenia, że Sikorski wcale nie zginął w wypadku lotniczym, gdyż takiego w ogóle nie było, ale został zamordowany. Wróćmy jednak do historii zakapowania generała "Grota". Emigracyjny historyk Tadeusz Żenczykowski w książce "Generał Grot u kresu walki" przybliża nam tamte wydarzenia: "Wszystkie poprzednie, długotrwałe usiłowania gestapo trafienia na ślad "Grota" zawodziły. Głównym powodem była niemożność znalezienia informatorów w aparacie organizacyjnym Komendy Głównej AK lub wprowadzenia do tego środowiska własnych agentów. Sytuacja zmieniła się gwałtownie po aresztowaniu w kwietniu 1942 r. młodego i sprawnego w swej działalności pracownika wywiadu AK, Ludwika Kalksteina."
Kalkstein wpadł w ręce gestapo w "kotle" konspiracyjnego lokalu. W ciągu kilku miesięcy pobytu w więzieniu - z własnej woli, bez przymusu - oświadczył najpierw, że czuje się Niemcem i wpisano go na Volkslistę, a następnie został agentem gestapo. Jego zadaniem było rozpracowywanie Armii Krajowej. Aby ułatwić mu zadanie Niemcy rozpuścili wersję o jego śmierci.


TRÓJKA RENEGATÓW


Kim był Ludwik Kalkstein? Urodzony w 1920 r., był potomkiem spolszczonej rodziny pruskiej. Jego protoplasta, Krystian Ludwik Kalkstein, w XVII wieku został stracony w Królewcu za ucieczkę z Prus i działalność przeciwko elektorowi pruskiemu na rzecz Polski (wątek ten był zresztą kanwą serialu telewizyjnego "Czarne chmury").
W 1940 r. Ludwik Kalkstein wstąpił do Związku Walki Zbrojnej i trafił do grupy wywiadu Armii Krajowej "Stragan". Odnosił błyskotliwe sukcesy, czego dowodem był Krzyż Walecznych [nadany 11.XI.1941 tym samym rozkazem KW przyznano również "Sroce"], awans na podporucznika i stanowisko dowódcy siatki wywiadowczej "H" (od pierwszej litery jego pseudonimu "Hanka"). Była to specjalna, licząca około 300 osób grupa, podlegająca "Straganowi".

Blanka Kaczorowska "Sroka"

agent V-98

Do współpracy z Niemcami Kalkstein namówił swych poprzednich współpracowników z AK, którzy uniknęli "wsypy": ówczesną narzeczoną, a późniejszą żonę Blankę Kaczorowską, ps. "Sroka" i szwagra Eugeniusza Świerczewskiego, ps. "Gens". Ten ostatni, przedwojenny major rezerwy i krytyk teatralny, był żołnierzem II Oddziału (wywiadu) Komendy Głównej AK.
Bohdan Urbankowski w swojej "Czerwonej mszy" napisał, że Świerczewski "za cenę zwolnienia z getta donosił na Polaków i wyszukiwał Żydów ukrywających się na aryjskich papierach".
Przełożonym trójki agentów był SS-Untersturmführer Erich Merten z warszawskiego gestapo. Agentom postawiono dwa główne zadania:
1) wytropienie i doprowadzenie do ujęcia "Grota",
2) wydanie w niemieckie ręce kierownictwa i sieci organizacyjnej wywiadu AK.
W rezultacie - jak pisze Irena Rowecka-Mielczarska w książce "Ojciec. Wspomnienia córki gen. Stefana Grota-Roweckiego" - "Ta dobrana trójka renegatów spowodowała śmierć kilkuset Polaków zakatowanych w gestapo czy zamęczonych w obozach koncentracyjnych".
Tadeusz Żenczykowski pisze, że ofiarą działalności agentów "padło przeszło 200 osób z wywiadu AK, a wśród nich dwaj kolejni szefowie Oddziału Wywiadowczego Sztabu Komendy Głównej AK: podpułkownik Wacław Berka (ps. "Brodowicz") i podpułkownik Marian Drobik (ps. "Dzięcioł") - aresztowani w drugiej połowie 1943 r. i później zamordowani przez gestapo".


"GENS" NA TROPIE


Wróćmy jednak do tragedii gen. "Grota". Świerczewski, jako jedyny z owej trójki agentów, znał gen. Roweckiego z okresu przedwojennego. Irena Rowecka pisze: "«Gens» znał Ojca z wojny 1920 roku, bo obaj służyli wtedy w armii generała Szeptyckiego. Świerczewski był tam podoficerem oświatowym". Roweckiego widywał również później, kiedy generał kierował Instytutem Naukowo-Wydawniczym.
Tadeusz Żenczykowski:

"Ponaglany przez Mertena i działający w myśl wskazówek Kalksteina, starał się wypatrzeć w Warszawie «Grota», lub zdobyć informacje, w jakich dzielnicach miasta jest najczęściej widywany.

Eugeniusz Świerczewski "Gens"

agent V-100

Nigdy zapewne nie będzie wiadomo, czy Świerczewski dowiedział się, że generał Rowecki nocuje teraz na Powiślu, na konspiracyjnych kwaterach, z których jedna była przy ulicy Leszczyńskiej, a druga przy ulicy Topiel, czy też zwykły przypadek zrządził, że rankiem 30-go czerwca rozpoznał z daleka Generała, idącego ulicą Solec. Nie można również wykluczyć, że już poprzednio - w ramach swych czynności tropicielskich - zdołał zauważyć, że "Grot" bywa nieraz na Powiślu i dlatego przeprowadzał rozpoznawcze wędrówki w godzinach porannych przypuszczając, że o tej porze "Grot" może wyruszać na spotkania służbowe w innych dzielnicach miasta.
W tym pamiętnym dniu - jak wynika z dochodzeń "Oskara" [Bernard Zakrzewski, szef kontrwywiadu w II Oddziale Sztabu Komendy Głównej AK - red.] - Świerczewski, zobaczywszy Generała, zaczął iść jego śladem. Gdy Generał wsiadł do tramwaju na moście Poniatowskiego, Świerczewski wskoczył do drugiego wozu. Starannie się ukrywając, wysiadł - zaraz po nim - na przystanku przy rogu Raszyńskiej i Grójeckiej i nadal, z bezpiecznej odległości, śledził wszystkie dalsze kroki aż do chwili, gdy ujrzał jak "Grot" wchodzi do jednego z domów przy ulicy Spiskiej. Wiedział, że każda minuta jest cenna i w pośpiechu nie mógł sprawdzić dokładnie numeru domu, w którym znalazł się Generał. Ruszył czym prędzej do telefonu...".
Kluczową rolę Eugeniusza Świerczewskiego w rozpracowaniu gen. "Grota" potwierdzają zeznania gestapowców (Alfreda Milke i Ireny Chmielewiczowej) w powojennych procesach w Polsce. Na niego wskazał również Kalkstein, choć jego zeznanie jest akurat mało wiarygodne, gdyż mógł w ten sposób zrzucić z siebie odpowiedzialność. Szef warszawskiego gestapo Hahn kategorycznie stwierdził, że tym, który wykrył gen. Roweckiego na ulicy Spiskiej był Świerczewski, rozpoznając go jednocześnie na zdjęciu.


Z WYROKU AK


Jakie były dalsze losy trójki renegatów?
Wanda Ossowska, żołnierz AK, członek siatki "H" widziała Kalksteina w gmachu gestapo w Alei Szucha, elegancko ubranego. Wiadomo, że formalnie przyjęto go do SS i walczył w czasie Powstania Warszawskiego przeciwko AK. Do końca niemieckiej okupacji pozostał pod opieką swoich mocodawców.
W 1944 r. cała trójka została zdemaskowana przez wywiad Armii Krajowej. Sąd Specjalny przy Komendzie Głównej AK skazał ich na karę śmierci. Schwytać udało się tylko Eugeniusza Świerczewskiego. W czerwcu 1944 r., po przesłuchaniu w suterenie przy ulicy Krochmalnej 74, w trakcie którego podobno nie ujawnił, że to on wydał "Grota", ale przyznał się do wydania w ręce gestapo swoich bezpośrednich przełożonych (wspomnianego już ppłk. Drobika i mjr. Pawłowicza); po odczytaniu wyroku został powieszony.
Również Blanka Kaczorowska do końca wojny pozostawała pod opieką Niemców. Podobno przed wykonaniem wyroku AK uratowała ją ciąża. Po 1945 r. jej małżeństwo z Kalksteinem rozpadło się. Oboje zacierali po sobie ślady, zmieniali nazwiska, powierzchowność i miejsca zamieszkania. Wszystko to z obawy przed zdemaskowaniem przez AK-owców, bo nowej, komunistycznej władzy nie musieli się obawiać. Ta otaczała ich parasolem ochronnym.
Tadeusz Żenczykowski:

"Władze komunistyczne okazywały im poparcie, a tak podejrzliwie i wrogo wobec Akowców nastawione UB nie interesowało się oficjalnie ich wojenną przeszłością, o której Bezpieka dobrze wiedziała".
Ludwik Kalkstein przeniósł się na Ziemie Odzyskane, do Szczecina. Oficjalnie współpracował z miejscową rozgłośnią Polskiego Radia i lokalną prasą. Jako Wojciech Świerkiewicz pisywał książki marynistyczne i dla dzieci.
Blanka Kaczorowska ukończyła w Łodzi studia i - za wiedzą i aprobatą ówczesnego ministra kultury i sztuki Włodzimierza Sokorskiego - podjęła pracę w Państwowym Instytucie Sztuki.


POD OPIEKĄ BEZPIEKI


Kalkstein-Świerkiewicz został w końcu rozpoznany na jednej z ulic Szczecina przez żołnierzy AK. W 1954 r. Sąd Wojewódzki w Warszawie sądził go z dekretu PKWN z 31 sierpnia 1944 r. "o wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy i zdrajców narodu polskiego", za co kara była jedna - wyrok śmierci. [Na mocy tego samego dekretu o faszyzacji twórca i szef "Kedywu" KG AK gen. August Emil Fieldorf został skazany na karę śmierci, którą 24 lutego 1953 r. wykonano]. Inaczej było z agentem gestapo Ludwikiem Kalksteinem, który dostał dożywocie. W 1956 r. dziwnym trafem objęła go amnestia, skracając odsiadkę do dwunastu lat. W końcu, już po dziesięciu latach, w 1965 r. "warunkowo" wyszedł na wolność. Dlaczego? Gestapo przecież już nie czuwało, ale tym razem czuwała... bezpieka. Nie wiadomo tylko, czy było to UB, czy NKWD.
Irena Rowecka pisze: "Opowiadano mi, że dosięgła go «prywatna kara»: w ciemni pomorskiej rozgłośni ktoś zmasakrował mu twarz".
Blankę Kaczorowską rozpoznano w 1952 r. Ten sam Sąd Wojewódzki w Warszawie w 1953 r. skazał ją również na dożywotnie więzienie. "Ludowe" prawo - podobnie jak w przypadku Kalksteina - okazało się łaskawe. Najpierw uzyskała zmianę kary na piętnaście lat, potem na dziesięć. Już po pięciu latach, w 1958 r. Kaczorowska została zwolniona z odbywania reszty kary i opuściła więzienne mury. Korzystając ze wsparcia UB, albo nawet NKWD - wyjechała za granicę, gdzie mieszka do dziś. Jeszcze w latach 80., jako pracownica "Orbisu", działała na rzecz komunistów na terenie Francji i Niemiec.
Jakie było uzasadnienie wyroku na Kaczorowską? "Zdaniem Sądu Wojewódzkiego oskarżona jest ofiarą zbrodniczej działalności kierownictwa AK, które - jak wiemy obecnie - współpracowało z Gestapo, było na usługach Gestapo i wraz z Gestapo walczyło przeciwko większej części Narodu Polskiego w jego walce o narodowe i społeczne wyzwolenie, w której to walce przewodziła Polska Partia Robotnicza. (...) Wiadomo jest, że AK wydała w ręce Gestapo najlepszych patriotów polskich. A ludzie tego rodzaju co Blanka Kaczorowska była przez nich wykorzystana do swoich niecnych celów, czyniąc z niej zdrajcę Narodu Polskiego".


NA ROZKAZ HIMMLERA


Generał Stefan Rowecki "Grot" zginął w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach. Po aresztowaniu na ul. Spiskiej zakuty w kajdany został przewieziony do siedziby gestapo na Szucha, a następnie przetransportowany samolotem do Berlina. Stamtąd trafił do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, gdzie trzymano go w ścisłej izolacji. Według niepotwierdzonych informacji generał został rozstrzelany kilka dni po wybuchu Powstania Warszawskiego, prawdopodobnie 6 sierpnia 1944 r., na osobisty rozkaz Himmlera.

TADEUSZ M. PŁUŻAŃSKI [http://mazowsze.kraj.com.pl/1061749709,36336,.shtm]



"Biuletyn Informacyjny" Miesięcznik Zarządu Głównego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej nr 07/2004

Epilog sprawy Blanki Kaczorowskiej - wyjaśnienie

 


FONDS HUMANITAIRE POLONAIS
MAISON DE RETRAITE
45740 LAILLY-EN-VAL Lailly-en-Yals 18 marzec 2003
Tel 02 38 44 74 03
Fax 02 38 44 7416
Szanowny Pan Lucjan Sikora
Redaktor Naczelny AK Biuletyn Informacyjny
ul Zielna 39
00108 WARSZAWA


Szanowny Panie Redaktorze,


W lipcu 2001 roku ukazał się w redagowanym przez Pana miesięczniku artykuł pani Izy Kuczyńskiej pt. "Biała plama ciągle niewywabialna". Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem, że ten sam artykuł, pod zmienionym tytułem; "Kto ochrania Blankę Kaczorowską", z kilkoma dodanymi zdaniami oraz drugim nazwiskiem autorki, ukazał się w "Biuletynie" z listopada 2003 roku.
Autorka nie zadała sobie trudu aby zbadać sprawę Blanki Kaczorowskiej w okresie bezpośrednio poprzedzającym jej przybycie de naszego ośrodka. Nigdy nie zwracała się do władz Polskiego Funduszu Humanitarnego, ani dyrekcji Domu w Lailly-en-Val, które mogłyby udzielić jej wyczerpujących informacji. Wolała korzystać z plotek i niedomówień, by z nich wysnuć przypuszczenie o istnieniu "jakiegoś wiernego opiekuńczego ramienia", które jakoby chroniło Kaczorowską.
Jeżeli pani Nowicka-Kuczyńska uważa naiwnie, że ustalenie "w jaki sposób Kaczorowską trafiła do Lailly-en-Val" rozwiązałoby zagadkę aresztowania "Grota", to jest w dużym błędzie. Z dokumentów znajdujących się w naszym archiwum wynika, że Blanka Kaczorowską ur. 13.X.1922 r. w Brześciu przybyła do Lailly-en-Val 23.X.1982 r. ze szpitala psychiatrycznego "des Murets" w miejscowości La Quene-en-Briet departament Val-de-Marne, w którym przebywała przez 3 lata na skutek chronicznych stanów depresyjnych. Szpital prosił ówczesnego dyrektora, Tadeusza Parczewskiego, o przyjęcie chorej do polskiego domu opieki motywując tym, że była polską emigrantką żyjącą w opuszczeniu i pozbawioną środków materialnych. Dyrektor Parczewski, który od 1939 r. przebywał na emigracji, nie mógł wiązać nazwiska Kaczorowskiej ze sprawą generała "Grota" i przyjął ją tak jak przyjmował każdego Polaka.
Na czym miałaby polegać "zemsta humanitarnych"?
Zofia Czerucka rozpoczęła pracę w Lailly-en-Val 16.07.1980 r. W chwili przyjścia do domu Kaczorowskiej Czeruccy mieszkali na jego terenie od przeszło 2 lat. Zofia Czerucka pełniąc funkcję administracyjną, zajmowała się również przyjmowaniem pensjonariuszy. Widać i Czeruccy, bardziej obeznani w sprawach krajowych niż dyrektor Domu, nie od razu połączyli nazwisko nowej pensjonariuszki z wydaniem generała "Grota".
1 stycznia 1985 r., funkcję dyrektora Domu objął dr Przemysław Górecki, żołnierz AK, uczestnik Powstania Warszawskiego i chociaż z tego tytułu trudno chyba przypuszczać, aby mścił się na Zofii Czeruckiej za "odkrycie" przez jej męża, Blanki Kaczorowskiej.
Prawda, jak zwykle, jest bardziej prosta. Zofia Czerucka urodzona 11.01.1920 r., w styczniu 1985 r. ukończyła 65 lat i dyrektor Górecki postanowił przenieść ją na emeryturę, co naturalnie wiązało się ze spadkiem dochodów i koniecznością opuszczenia służbowego mieszkania. Odejście z pracy Zofii Czeruckiej przypadło na okres, kiedy jej choroba nowotworowa zaczęła dawać o sobie znać, nie miało jednak nic wspólnego ze sprawą Blanki Kaczorowskiej...
Wiem z rozmów prowadzonych z dyr. Władysławem Czeruckim, który pod koniec lat 90 spędzał w Lailly-en-Vai wakacje i zamierzał się tutaj przenieść z Nicei, o jego korespondencji z Tadeuszem Żenczykowskim i wpływie obu panów na decyzję dyrektora Parczewskiego o przeniesieniu Kaczorowskiej, w dniu 26.V.1984 r. do francuskiego domu opieki w oddalonym o 6 km Beaugency. Nie był to, jak pisze autorka "dom zasłużonego kombatanta", lecz istniejący do dziś dom dla ludzi starych przy tamtejszym szpitalu.
Podczas pobytu w Lailly-en-Vai koszty utrzymania Kaczorowskiej pokrywał departament Val-de-Marne, z którego przybyła.
Po zdekonspirowaniu Kaczorowskiej było oczywiste, że osoba ta nie mogła pozostać dłużej w domu kierowanym przez Polaków, w którym przebywali generałowie Kraszewski, Trzaska-Durski, admirał Unrug i wielu oficerów Wojska Polskiego, mimo że jej nazwisko im też nic nie mówiło.
Autorka manipulując faktami przedstawia w fałszywym świetle ludzi, których już nie ma i nie mogą się bronić, oraz instytucję, która od 45 lat przyjmuje pod swój dach Polaków żyjących na emigracji niezależnie od ich pochodzenia i sytuacji finansowej.
W załączeniu przesyłam kilka dokumentów z naszego archiwum.
Licząc, że Szanowny Pan Redaktor zechce zamieścić niniejszy list pozostaję z wyrazami szacunku.
Dr Marek Szypulski (-)
Dyrektor

 


Szanowny Pan
Dr Marek Szypulski
Dyrektor "Fonds Humanitaire Polonais"
Maison De Retraite
45740 Lailly-En-Val
Francja


Szanowny Panie Dyrektorze


Redakcja "Biuletynu Informacyjnego AK" dziękuje Panu za wyczerpującą informację, której treść wypełnia lukę w naszej wiedzy n/t osób związanych z tragicznym losem Komendanta Głównego Armii Krajowej, gen Stefana Roweckiego "Grota".
Oczywiście, szczegóły aresztowania "Grota" nie były dla nas zagadką, natomiast krótki pobyt Blanki K. w Ośrodku oraz jej dalsze losy zostały w liście Pana Dyrektora całkowicie wyjaśnione, za co jesteśmy głęboko wdzięczni.
Pozostaję z poważaniem -
Lucjan C. Sikora
Redaktor Naczelny



"Biuletyn Informacyjny" Miesięcznik Zarządu Głównego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej nr 12/2004

Wracam do sprawy Blanki Kaczorowskiej

Szanowny Panie Redaktorze:


Ja również, podobnie jak p. dyr. Marek Szypulski "ze zdziwieniem zobaczyłam, że ten sam artykuł, zamieszczony w BI nr., pod zmienionym tytułem... itd." ukazał się w "Biuletynie Informacyjnym" w czerwcu 2003.
Ale jeszcze bardziej zaskoczona jestem treścią notki redakcyjnej zamieszczonej przy liście dyr. M. Szypulskiego w nr 6/7 "Biuletynu Inform" z 2004.
Oprócz bowiem "wypełnienia luki" dotyczącej samej procedury ulokowania Blanki Kaczorowskiej w Maison de Retraite w Lailly-en-Yall i jej przeniesienia, list Dyrekcji Maison nie wnosi żadnych nowych elementów do bolesnej i najważniejszej dla nas sprawy aresztowania gen. Grota. A szczegóły tego aresztowania były i są nadal otoczone wieloma niejasnościami i pozostają przedmiotem dalszych badań Instytutu Pamięci Narodowej.
Ze świeżo opublikowanych dochodzeń IPN (Biul. z VIII/IX) wynika niezbicie, że tzw. "grupa Kalksteina" (Kalkstein, Kaczorowska, Świerczewski) ma na sumieniu kilkadziesiąt osób wydanych w czasie okupacji w ręce gestapo - m.in. gen. Grota.
Po wojnie, w 1953 r., B. Kaczorowska została skazana za współpracę z gestapo na karę dożywotniego więzienia, z którego jednak wyszła w 1958. W czasie odbywania kary została tzw. agentem celnym, czyli na zlecenie UB donosiła na współwięźniarki. Od 1959 była już na wolności "normalnym" współpracownikiem władz bezpieczeństwa pracując dzięki ich "pomocy" w jednej z central importowych. W okresie 1976-77 jej status został określony jako osoby "będącej w zainteresowaniu" Departamentu II (kontrwywiad) a następnie Dep. I MSW (wywiad) i... - wyjechała do Francji!
Podobnie Kalkstein, agent gestapo, a po wojnie bezpieki... wyjechał w 1982 do Francji! Na jakim "statusie", czyżby tylko turystycznym?
W związku z tym czuję się w obowiązku wyjaśnić, że mój tekst z 2001 r. pisany był na podstawie bezpośrednich relacji dra Czeruckiego i jego korespondencji z Tadeuszem Źenczykowskim. Motywacją zaś był nie tyle sam fakt przebywania Blanki K. w domu uważanym za dom zasłużonego polskiego kombatanta, ile niespodziewane, ogromne trudności na jakie napotykali dr Gzerucki i T. Źenczykowski w swoich usiłowaniach "wyprostowania" tej szokującej sytuacji.
Tadeusz Źenczykowski, postać wybitna i znacząca w środowisku polskim na Zachodzie określił to jednoznacznie w jednym ze swoich listów do dra Czeruckiego, że (Czeruccy) padli ofiarą zemsty za przejaw troski o sprawiedliwość i dobre imię polskiej emigracji niepodległościowej.
Zrozumiałą intencją listu dyr. M. Szypulskiego jest chęć obrony dobrego imienia kierowanego przezeń Maison de Retraite.
Zapewniam, że nie było moim zamiarem podważanie znakomitej opinii Maison, jaką się cieszy od prawie półwiecza. Jednak w naszej zagmatwanej i tragicznej historii winniśmy dążyć do prawdy za wszelką cenę, mimo przeszkód i bólu.
Dyr. Szypulski nie był stroną w czasie zabiegów dra Cz. i T. Ż. o usunięcie tej miary zbrodniarki z domu polskiego kombatanta a może nawet i dzisiaj nie jest we wszystkim, zorientowany.
Ja jednak pamiętam rozgoryczenie dra Cz. gdy Zofia Czerucka została niespodziewanie zwolniona z pracy. Nie było to przeniesienie na emeryturę, gdyż brakowało jej kilku miesięcy zaledwie do wymaganego we Francji okresu zatrudnienia. Wiek zaś emerytalny (60 lat) osiągnęła jeszcze przed zatrudnieniem w Maison. Była osobą w pełni sił, z krajowym stażem w służbie zdrowia. Nie było powodów do zmiany w jej osobistej sytuacji pracowniczej. Nic dziwnego, że przeżyła szok, który odbił się na jej zdrowiu i w parę lat później ujawniła się choroba nowotworowa (w 1989 r. a nie w czasie pracy).
Nie chciałabym jednoznacznie obciążać konta Blanki K. jeszcze jedną jej ofiarą, ale obawiam się, że nie była - i ciągle nie jest doceniana wszechobecność, żywotność i skuteczność ówczesnych służb specjalnych i to nie tylko u nas w kraju ale i w Wolnej Francji.
Licząc, że Redakcja "Biuletynu" zechce zamieścić również mój wyjaśniający list pozostaję z wyrazami szacunku -


Iza Kuczyńska Warszawa, dn. 25.09.2004 r.


(Nagłówek listu pochodzi od redakcji)